Coraz częściej zalewam się łzami, bez konkretnego powodu. Jak tylko jestem sama, myślę o żyletce, o tym, żeby zrobić przysługę światu i zniknąć bezpowrotnie. Nie głodzę się, na razie, po prostu ograniczam jedzenie, póki co, także nie drastycznie. Jestem zamknięta w sobie. Truje się tym nieszczęściem całego świata. Sama jestem żywym przykładem jednej wielkiej pomyłki. Po cholerę Bóg (jeśli istnieje, chwała Mu) pozwolił na spłodzenie kogoś takiego ohydnego jak ja, no po co?!
Najgorzej jest wieczorami, wtedy mam poczucie jeszcze większej bezsilności i tego, że jestem nikomu nie potrzebna. Chciałabym...mieć na niektóre sprawy naprawdę, totalnie wyjebane.
I chciałabym nauczyć się olewać plotki. O, tak. To zdecydowanie, bo ja jestem delikatna. Drażnią i ranią mnie rzeczy, na które nie mam wpływu. To nie to, że chcę mieć nad wszystkim i wszystkimi kontrolę, tak jak stwierdziła wielce Pani Psycholog, to bzdura! Nie jestem taka jak mój ojciec, nie!
Niech mnie, kurwa, ktoś naprawi. Sama sobie nie radzę, a odrzucam pomoc tych, którym na mnie zależy. Choć...czy są jeszcze takie osoby? Pewnie gdzieś się takie znajdą. Dwie...dziewczyny...
Czasami nie wiem, jak mam się zachować. Udawać, że jest w porządku? Że czuję się dobrze? Ok?
Mam wrażenie, jakbym zaraz miała się obudzić, z tego pierdolonego koszmaru. Pragnęłabym tego.
Czemu akurat ja muszę być taką tłustą, spasioną krową?! Annie mi pomoże. Musi, prawda?
Nie odzywa się. Od kilku godzin jestem sama.
Pisanie to nie to samo co realne spotkanie, przytulenie czy nawet całus w policzek. Ech.
Jakby mój świat rozpadł się na milion, malutkich kawałeczków, których nie da się już posklejać. Smutne. Raz jest gorzej a raz...gorzej. Właściwie nigdy od niedawna nie jest całkiem dobrze. A jak choć na chwilę jest, to zaraz się coś niszczy. JA zaraz coś niszczę. Tą piękną iluzje dobrego, ulotnego momentu. To jeszcze smutniejsze, prawda?!
Z pewnością nie zasługuje na to leczenie, na przyjaciółki. Moje istnienie jest bez sensu, takie życie, to nie jest życie, a jedynie marna, cholerna egzystencja ciągnąca się w nieskończoność.
"Czy dasz radę kochać, mimo, że ja, nie umiem już sam, bez Ciebie wstać...?! Czy dasz radę kochać, mimo Twych ran, nie umiem już sam, bez Ciebie wstać... "
Dochodzę do wniosku...że chyba nie chcę całkiem rzucać tworzenia tekstów i tym podobnych "dzieł". Nadal mi zależy na pisaniu, to moja pasja. A jednak...wena odchodzi, gdzieś w zapomnienie.
-A
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zapraszam do komentowania!
Komentarze są moderowane, więc wyzwiska i tego typu rzeczy nie przejdą.